Rozdział VIII cz.2

poniedziałek, 11.sierpnia.2014, 21:10
Popoludniu zaczęlam dostrzegać zmianiający się horyzont. Z ziemi zaczęły wyrastać góry, na poboczu widać było wielkie, ostre skały. Powietrze też było inne. Dorastałam niedaleko morza, gdziekolwiek się ruszyłam byłam przyzwyczajona do słonego, lepkiego, chłodnego powietrza. Tutaj natomiast było inne. Chłodniejsze. Wpatrywałam się z zaciekawieniem za okno, nigdy nie byłam w tej części kraju. Droga robiła się coraz węższa, wspinajac się serpentnami po zboczach. Było tutaj zdecydowanie więcej śniegu. Dean jechał dużo wolniej z uwagi na śliską jezdnie.Musiał zmienić Chada, który czuł się już zbyt wyczerpany, a droga wymagała pełnego skupienia. Prowadziliśmy spokojną, niewymagającą rozmowę dotyczącą brytyjskiego zespołu The Beatlles. Spoglądałam na GPS, który wskazywał, że cel naszej podróży ukarzę się za 30 kilometrów.
Bedzie co ma być. Siłą go nie zaciągnę do domu. Powiem co mam do powiedzenia i tyle. Będę miała przynajmniej czyste sumienie. Nerwowo zaczęłam bawić się komórką. Nie widziałam go tyle czasu. Walczyłam o to długo, a teraz w końcu miałam go spotkać. Dziesieć kilometrów... Za oknem robiło sie coraz ciemniej. Zdziwił mnie brak oświetlenia na drodze. Skręcilismy w jakąś boczną uliczkę, byłam zaskoczona, że GPS ją znalazł. Pokryta była właściwie tylko zbitym śniegiem, tu i ówdzie pozypanym ziemią. Dojechaliśmy w końcu do drewnianej chaty. Wyglądała jak jedna z tych starych, pastrskich, pozostawionych dla tych nieszczęśników, którzy musieli pozostać na zboczach ze swoim stadem owiec, czy innych zwietrząt. W oknach było ciemno.
Dean zatrzymał silnik, Chad wyjął broń.
- Sama wejdę. Nie chce by się denerwował.- powiedziałam cicho, jednak tak jak sie spodziewałam odpowiedziały mi ich protesty. Chad wyszedł z auta, wyjmując również latarkę.
- Dean nie gaś świateł.- polecił cicho. Wysiadłam za nim. Zerknął na mnie nieco zdenerwowany.
- Powinna panienka poczekać, aż sprawdzę teren.- poinformował mnie, zapaliłam latarkę w swojej komórcę.
- Nie ma powodu byś robił to sam.- odpowiedziałam spokojnie. Chciałam by ojciec zobaczył, że z nimi jestem. - Chad, z całym szacunkiem, ale ojciec może tylko się skuteczniej schować jak ciebie zobaczy.- dodałam gorzko wspominając przeszłość taty i Półksiężyca. Ignorując wszelkie zasady bezpieczeństwa ruszyłam do przodu. Chad przeklnał pod nosem i ruszył szybciej tak by mmo wszystko wyprzedzać mnie o pare kroków.
- Tato?!- zawołałam przy drzwiach waląc ręką w okno obok, Chad kopnął je nie bawiąc się w uprzejmości. W środku panował mrok. Zaświeciłam po drewnianej ścianie. Kiepska leżanka, mała turystyczna kuchnia. Chad dotknął jej i jeszcze raz rozejrzał się po pustym pomieszczeniu.
- Ciepła...- powiedział tylko, zaczęłam uważniej wpatrywać się w rzeczy pozostawione w chatce. Rozpoznałam kurtkę ojca na ziemi. Czyli jednak... był tu!
- Tato!- zawołałam jeszcze raz. Usłyszałam zduszony okrzyk Deana, natychmiast wyskoczyliśmy z chatki by zobaczyć zakapturzonego mężczyznę przy aucie mierzącego w Deana z małego reworweru.
- Ani kroku dalej.- powiedział głosno, zachrypnięym głosem.
- Tato, spokojnie. To kolega, pomógł mi ciebie znaleźć.- powiedziałam spokojnym krokiem. Chad stanął przedemną zasłaniając mnie. Minęłam go, tylko widząc kątem oka jego zdenerwowaną twarz. To był mój ojciec. Nie mogłam sie go bać.
- Tato, szkałam cię wszędzie. Bałam się... bałyśmy się, że nie żyjesz.- kontynuowałam idąc wolno w jego stronę. Zatrzymałam sie widząc, że jego ręka zaczęła się trząść.
- Tato, proszę opuść broń. Nikt tu nie chce cię skrzywdzić, ani zmusić do niczego. Chce porozmawiać, upewnić się, że nic ci nie jest. Pomóc ci.- powiedziałam nadal spokojnie. Ręka ojca powoli się opuściła, ale nie wypuścił z dłoni reworweru.
- Panienko, panienka nie podchodzi.- szepnał Chad ostrzegawczo. Zignorowałam go. Im bliżej podchodziłam, tym bardzej ten zaniedbany mężczyzna przypominał mojego ojca. Mial jego oczy... ale zupełnie nie podobną do niego twarz. Udręczoną, brudną, zarośniętą.
- Tato to ja, Sam.- dodałam. Coś w twarzy ojca mnie zaniepokoiło. Mignęło w niej szaleństwo. Coś podobnego jak na twarzy Alice gdy strzelała do Pawłowa. Wyciągnął rękę celując we mnie reworwerem. Zatrzymałam się. Ojciec spojrzał za mnie zlękniony. Zorientowałam się, że Chad również wycelował w tatę. Zacisnęłam zęby.
- Chad, odłóż broń. - powiedziałam cicho. - Denerwuje go to, odłóż ją.- powtórzyłam chłodniej. Wiedziałam, że tylko ją lekko opuścił. Nasze cienie rozciągały się obok oświetlone światłem reflektorów.
- Tato... proszę, to ja.- spróbowałam znowu. Mężczyzna wyglądał na skołowanego. Po chwili jednak odezwał sie zdecydowanie za pewnym głosem.
- Moja córka studiuje teraz, nie ma jej tu. Nie oszukacie mnie.- dodał szalonym szeptem. Poczułam strach... nie bałam się o dziwo o wlasne życie. Było to przerażenie jakie wywołalo zobaczenie swojego rodzica, który stracił zmysły.
- Tato, niedawno była gwiazdka wiesz?- zapytałam siląc się na spokojny ton – W zeszłym roku dałeś mi kilka dolców na naprawę auta. Ale wiesz jakie święta wspominam najlepiej?- zapytałam uśmiechając się. Pokręcił głową. - Gdy wygrałeś dla mnie i Kelly te zabawki na targu bożonarodzeniowym.- odpowiedziałam. Milczał chwile.
- To był dobry rok...- odezwał się w końcu. Podeszłam do niego bliżej kładąc dłoń na jego broni.
- Opuść ją tato, nie chciałbyś jej urzyć.- powiedziałam cicho, spojrzał na mnie wzrokiem pełnym łez. Broń opadła na śnieg a on płacząc zawisł na mnie jak małe dziecko. Udało mi się go poprowadzić do chaty i posadzić na leżance. Podeszłam do kuchni i zrobiłam cztery kubki herbaty. Poprosiłam Chada i Deana by zostali w samochodzie. W pewien sposób mieli tam wygodniej niż w chatce. Mieli ogrzewanie...
Nie bardzo wiedziałam co robić, wpatrywałam się w ojca, który zachowywał się zupełnie inaczej. Nie spuszczał ze mnie wzroku.
- Śledzili mnie aż tutaj.- odezwał się cicho. Skinęłam głową. - Śledzili mnie... tutaj też czasem są...- dodał cicho. - Ale ja wiem, że to oni, nie nabiorą mnie.- uśmiechnął się przebiegle. W oddali słuchać było pohukiwanie sowy. Ojciec poderwał się i połozył plackiem na ziemi.
- To oni!- wrzasnął płaczliwie, zaczął przetrząsać leżankę. Zapewne w poszukiwaniu broni, jaką wypuścił przed chatką. Faktycznie musieli go śledzic aż tutaj... trudno było stwierdzić, gdzie zaczynała się jego paranoja. Jedno było pewne, musiałam go zabrać do szpitala. Nie spodziewałam się jednak, że będzie to szpital psychiatryczny.
- Tato, jesteś tutaj bezpieczny.- spróbowałam go zapewnić.
- Jesteś pewna? - dopytał, sknęłam głową. Patrzyłam jak dopija herbatę i miałam wrażenie, że rozmawiam z dzieckiem. Jego rece były przerzerazliwie białe. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że chyba zaczynają zmieniac się w odmrożenia.
- Tato wróć ze mną do domu. Zobaczysz się z Kelly. Pamietasz Kelly?- zapytałam niepewnie, tata skinął głową.
- Zawsze była aniołkiem. - odpowiedział cicho. - Nie mogę wrócić, bo oni znajdą i ją. Zabiją ją, zniszczą tak jak zrobili to z Sam.
- Tato... to ja jestem Sam. Żyję, nic mi nie jest. - tata zapłakał cicho.
- Znajdą was i zabiją. Nie mogę wrócić, zabija mnie tu. Przychodzą codzinnie. Myślą, że nie wiem, ale wiem. Widzę ich, słyszę. Czekają... czemu się tak znęcają? Czemu czekają?- zapytał słaniając się w tył i przód. Przytuliłam go czując ogromny ból. Nie tak to miało wyglądać. Ojciec nie wytrzymał całej tej sytuacji. Ciągłęj obserwacji. Cięgle odraczanej egekucji.
- Nikogo nie zabiją, tato obiecuje ci to. Pzysięgam ci to. Tato, wróć ze mną. Będziesz bezpieczny, obiecuje. Nigdy bym cię ni skrzywdziła.- szepnęłam głaszcząc go uspakajająco.
- Zimno mi Sam...- poskarżył się. Czułam jaki był słaby, znacznie schudł. Wstałam ostrożnie i wyszłam z nim ciągle go przytulając.
- Dean, otwórz drzwi.- poleciłam cicho, chłopak to zrobił. Posadziłam tatę na siedzeniu i przypięłam pasami. Poczekałam chwile chcąc się upewnić, że śpi. Cicho weszliśmy z chadem do chatki i go spakowaliśmy.
- Gdzie teraz?- zapytał Chad wkładając rzeczy taty do reklamówki.
- Do najbliższego szpitala. Z oddziałem psychiatrycznym najlepiej, ale najpierw muszą zająć się odmrożeniami.- powiedziałam cicho. Nie było czasu by go zabierać do domu. Potrzebował natychmiastwej opieki lekarskiej. Chad skinął głową, ruszyliśmy samochodem. Ciągle mówiłam do taty. O naszym dzieciństwie, o kolokwiach, o wszystkim by tylko mnie słyszał. Zdawał się wtedy spokojniejszy.
- Mam kolegę, który jest mi winny przysługę w szpitalu niepodal. Zadzwonię do niego.- odezwał się Chad. Nie przysluchiwałam się nawet jego rozmowie zajęta uspokajaniem ojca. Wjechalismy do miasta, ilość światłą widocznie zaniepokoila ojca, zaczął się wiercić.
- Znaleźle mnie, Sam, znaleźli!- zawołał, usiłując rozpiąć się z pasów, pszytrzymałam zapiecie.
- NIE DOSTANIECIE MNIE!- wrzasnął łapiąc mnie za dłoń i ściskając mocno.
- Tato, nic sie nie dzieje.- usiłowałam być spokojna, choć było to bardzo trudne. Zachamowaliśmy z piskiem opon pod szpitalem do razdu podbiegli do auta sanitariusze. Jeden z nich, wyglądający jak chudy Święty Mikołaj szybko wbił ojcu strzykawkę. Ojciec zawył jak ranne zwierzę, ale puścił mnie. Widziałam jak jego mięśnie powoli wiotczeją.
- Proszę pana, jest pan w szpitalu. Nic panu nie grozi.- odezwał sę sanitariusz. Wyprowadzili tatę na podjazd. Szedł na nimi powoli, powłócząc nogami. Ruszyłam za nimi, ale zatrzymała mnie pielęgniarka.
- Musi pani wypełnić dokumenty. - upomniała mnie. Usiadłam obok recepcji przy biurku.
- Jest pani córką?- dopytała, skinęłąm głową. Miałam sciśnięte gardło. Nie mogłam mówić. Dostalam plik dokumentów więc powoli zaczęłam je wypełniać. Dean przyniósł mi kubek herbaty.
- Dobrze się czujesz?- zapytał, pokręciłam przecząco głową. Wpatrywałam się w rubrykę "alergie" usiłując się nie rozpłakać.
- Nie spodziewałam się tego...- powiedziałam tylko pozwalając by parę łez spłynęło na papier. Podpisałam się i podałąm go pielęgniarce. Ciekawa byłam jak szybko zawiadomią policję... Usiadłam zmęczona na krześle.
- Gdzie Chad?- zapytałam, choć w tym momencie nie szczególnie mnie to interesowalo.
- Załatwia kogoś by pilnował twojego tatę w szpitalu.- powiedział Dean gładząc mnie po plecach, osunęłam się lekko. Wyglądał na skołowanego.
- Przepraszam, ja...- zaczął ale mu przerwałam.
- To nie twoja wina. Po prostu jeśli będziesz tak robił, zaraz się rozpłaczę, a tego nie chce.- odpowiedziałam cicho. Skinął głową ze zrozumieniem. Siedzieliśmy tak w milczeniu sącząc herbatę. Po paru godzinach...trzech, czterech na korytarzu pojawił sie owy święty Mikołaj, który kuł mojego ojca. Wstałam gdy zorientoałam się, że szuka mnie wzrokiem. Wreszcie jakieś informacje. Podszedł do mnie i skłonił się lekko.
- Jestem doktor Thomas i zajmuje się przypadkiem pani ojca.- powiedział ściskając mi dłoń.
- Partner?- zapytał patrząc na Deana, ściskając mu również rękę.
- Kolega.- skorygowałąm natychmiast. Thomas uśmiechnął się ciepłym, profsjonalnym uśmiechem.
- Pani ojciec ma mocno wyziębiony organizm, opatrzyliśmy jego odmrożenia, jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, ale jest bardzo osłabiony. Wycieńczenie organizmu spowodowało objawy psychozy. Dostał silne środki przeciwbólowe i uspakajające. Jutro skonsultujemy go z psychiatrą. Teraz tata śpi. Chciałąby go pani zobaczyć?- zapytał, skinęłąm głową. Dean również wstał, ale lekarz go zatrzymał.
- Tylko rodzina.- powiedział, blondyn wolno usiadł. Ruszyłam za lekarzem do małego pokoju. Ojciec leżał podłączony do kroplówki pod kocem. Faktycznie spał. Wydawał się dużo spokojniejszy... usiadłam obok niego na krześle i przytliłam się do jego dłoni. Jak do tego do cholery doszło? Jakim cudem moje życie zamieniło się w taki pierdzielnik?! Zauważyłam zamieszanie za drzwiami. Chad rozmawiał z policją, spokojnie. Chyba chcieli wejść do sali, ale on, wraz z lekarzem mu nie pozwalali. Tego się spodziewałam. W końcu ojciec był uznany za zaginionego. Chwile jeszcze siedziałam z nim i wstałam. Czy tego chciałam czy nie czekało mnie teraz przesłuchanie policji.
- Witam panów, czemu niepokoją panowie mojego chorego ojca?- zapytałam chłodno usiłując wyglądać pewnie. Chad uśmiechnął sie pod nosem.
- Pani ojciec był poszukiwany...
- Już nie jest. Znalazł się. Jest wycieńczony psychicznie i fizycznie, ja również. Z całym szacunkiem, ale znalazłam dziś ojca po miesiącach zaginięcia płaczącego jak dziecko i bliskiego śmierci z wyziębienia. Jeśli mają panowie jakieś pytanie zapraszam jutro, ja również nie jestem w stanie teraz z panami rozmawiać. - powiedziałam tym razem już lodowato.
- To prawda, mogłoby to wywołać szok. Powinni panowie wrócić rano.- zgodził się lekarz ochoczo. Zorientowałam się, że to on był tym "kolegą" Chrisa. Policjanci chwile przestąpywali z nogi na nogę, przybąkując cos o procedurach.
- Panowie, bądzcie, że ludzmi! Dziewczyna znalazła ojca w naprawdę złym stanie!- zawołał lekarz czerwieniąc się z irytacji. W końcu wybąkali preprosiny i obiecali przyjść o ósmej rano. Opadłam na krzesło.
- Możemy pani wstawic łóżko do pokoju ojca, czasem tak robimy.- zaproponował lekarz. Zgodziłam się, byłam wycieńczona. Od razu usnęłam jak tylko się położyłam.
Byłam tak zmęczona, że nawet nie śniłam, widziałam tylko jakieś niewyraźne obrazy i zdawało mi się, że słyszę płaczącego ojca. Gdy ocknęłam się spał jednak dalej. Odetchnęłam ciężko, była siódma. Obmyłam twarz w łazience i wrócilam do taty. Zaraz miałam znowu skonfrontować się z policją. Do pokoju zapukał Chad, skinęłam na niego głową.
- Jak panienka się czuje?- zapytał stawiając przedemną kubek kawy i kanapkę z automatu.
- Dziękuję...- powiedziałam z wdzięcznością biorac pierwszy łyk – Nieco lepiej niż wczoraj. Udało wam się przespać?- zapytała, Chris uśmiechnął się tylko.
- Będzie na to czas. To dla panienki, proszę to przeczytać i zapamiętać.- wzięłam z jego ręki dokument. Z góry było wypisane "raport policyjny"...a na dole zeznanie, które wedłóg danych było moje. Mówiło o tym jak poszukiwałam ojca, jak ktoś ze znajomych miał go widzieć go w tych stronach, że niby sobie przypomniałam, że kiedyś prowadził mnie do tej chaty w lesie... - musi panienka tylko podpisać, nie będą panienki niepokoić.- powiedział spokojnie. Czyli to zalatwiał całą noc. Uściskałam go przelotnie nie mogąc opanować wdzięczności. Zaskoczony poklepał mnie po plecach. Podpisałam szybko i podałąm mu papier.
- Zadzwonili do mamy panienki, usialili, że jak tylko ustabilizują panienki ojca przetransportują go do szpitala w naszym miście. Do tego czasu zostawie tu jednego z naszych ludzi i pilnował by nic mu nie zagroziło.- poinformował mnie.
- Dziękuję. Naprawdę.- szepnęłam, uśmiechnął się tylko blado w odpowiedzi.
- Razem z Deanem wynajeliśmy pokój, pojdziemy sie teraz przespać. Dla paninki również, tuż obok.- Chad wskazał ręką budynek naprzeciwko okna. Nie zwróciłam na niego wcześniej uwagi. Podał mi do ręki klucz i wyszedł. Wpatrywałam się w twarz ojca usiłujac zdecydowac co teraz. Poczekać, aż go ustabilizują? Drzwi ponownie się otworzyły, stanął w nich Thomas i lekarz będący kolegą Chrisa. Z rozmowy wywnioskowałam, że nazywa się Crew.
- Pójdzie pani odpocząć, zostawiła pani telefon w recepcji obiecuje, że przedzwonimy jak będziemy coś wiedzieć. - powiedział Crew uspakajająco.
- Napewno?- dopytałam się tylko. Uzyskując potwierdzenie ruszylam do hoteliku wynajętego przez Chrisa. Był to jeden z tych tanich hotelów, do których przyjeżdża się tylko by sie przespać. Weszłam do swojego pokoju. Szara wykładzina, zasłane łóżko z białą, sztywną pościelą. W miare schludna łazienka. Przy łóżku stała moja torba. Uśmiechnęłam się lekko. Chłopcy faktycznie byli bardzo pomocni. Usadłam na łózku i wykręciłam numer mamy. Odebrala natychmiast.
- Skarbie! Co się stało? Jak go znalazłaś?- zawołała niewyraźnie. Z nerwów trzymała za blisko słuchawkę.
- Kolega powiedział, że widział go w pobliżu. Widział go parę razy, poprosiłam by sprawdzil gdzie idzie... odkrył, że mieszka w chacie, gdy przyjechalam tam go znalazłam.
- Co z nim?- zapytała cicho głosem pełnym emocji. Może jednak go kochała?
- Wyziębiony, ma odmrożenia, nie mogłam się z nim dogadać, według lekarza z wycieńczenia strcił świadomość.
- Boże... że go znalazłać... Chwała Bogu! Kochanie, a ty? Jak się trzymasz? To musiało być straszne! - zawołała, wyczułam, że płacze po drugiej stronie słuchawki.
- Trzymam się, mamo. Poczekam tutaj aż będzie wiadomo co z tata i wrócę. Jak go ustabilizują mają go przesłać do naszego szpitala.- powiedziałam uspakajająco.
- Dziś rozmawiałam z lekarzem, chcialam przyjechać, ale powidział, że najpóźniej jutro będą go przewozić.- powiedziała. Ucieszyła mnie tym. Oznaczało to, że spokojnie mogę poczekać aż go będą chcieli zawieść. Chwile jeszcze z nią rozmawiałam. Gdy skończyłysmy padłam wpatrująć się w sufit. Chciałam sie umyć, chciałam jeszcze chwile pospać. Wybrałam mimo to jeszcze numer Samuela. Nie odbierał, z westchnieniem rzuciłam telefon na łóżko. Ruszyłam pod prysznic, ciepła woda mnie nieco uspokoiła, rozluźniła zmęczone mięśnie. Położyłam się tylko w koszulce i majtkach zakopując się w pościeli. Gdy już usypiałam usłyszałam buczenie komórki. Odebrałam ledwo przytomna.
- Jak się czujesz Sam?- zapytał Samers. Usmiechnęłam się pod nosem. Każdy pyta jak się czuję... a jak mam się czuć? Beznadziejnie.
- Beznadziejnie.- potwirdziłam to głośno. Bylam pewna, ze wiedzial już o wszystkim. To było więcej jak pewne.
- Wrócisz razem z nim?- zapytał cicho.
- Tak, poczekam aż go będą przewozić. Możesz odwołać Chrisa i Deana, mogę wrócić autobusem. - powiedziałam spokojnie, jęknął tylko.
- Do jutra mogą zaczekać.- powiedział w końcu.
- Dziękuję za współpracę.- zazartowałam zaspana.
- Czekam.- powiedział tylko, ale jakiś cieplejszym tonem głosu. Po czym sie rozłączył. Przymknęłam oczy powoli porywana w ramiona Morfeusza.
Czego jak czego, napewno sie takiego obrotu spraw nie spodziewałam.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział VIII cz. 1

piątek, 8.sierpnia.2014, 21:04
Dean siedział na przeciw Samuela, na stole leżała rozłożona mapa. Chad nie śpiesząc się czyścił obok niej broń.
- To tylko na wszelki wypadek.- powiedział podnosząc na mnie wzrok. Chwile wpatrywałam się w lufę, w pomieszczeniu czuć było smar. Zdecydowałam natychmiast, że nienawidzę tego zapachu. Zerknęłam na mapę przedstawiającą sąsiedni stan.
- Szykuje się długa wycieczka?- zapytałam starając się brzmieć pozytywnie. Dopiero teraz naszły mnie wątpliwości. Coś wisiało w powietrzu. Coś czego nie umiałam określić, ale jakaś część mnie krzyczała, że to zły pomysł. Wyjazd, Chad, Dean... cała ta eskapada była dziwnym pomysłem. Broń na stoliku też. Usiadłam na kanapie.
- Kiedy jedziemy?- uśmiechnęłam się łagodnie do blondyna, wyglądał na podnieconego wycieczką. Uśmiechnął się szeroko do mnie jakby nic się nigdy nie stało.
- Jak tylko się spakujesz Sammy, my już jesteśmy gotowi. Szykuje się spokojnie, dzień drogi i będziemy.- powiedział zadowolony. Nie śpiesząc się wstałam.
- Pójdę się szybko spakuje, za dwie godzinki wam pasuje?- Samuel odchrząknął słysząc to pytanie.
- Pojedziecie w nocy, by nikt się nie zorientował, że wyjeżdżacie. Dla ostrożności. Macie spokojnie z cztery do pięciu godzin zanim się ściemni.- powiedział korygując mój plan. Zmarszczyłam brwi.
- Jeśli nic nam nie grozi, to po co czekać?- zapytałam zrzędliwie, Samuel uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Nie zanosiło się by było to negocjowalne.
- Szef ma rację panienko, ostrożności nigdy za wiele.- odpowiedział Chad powoli składając swój pistolet. Westchnęłam. Zdecydowanie jakaś część mnie miała złe przeczucia.
- Gdzie jest?- zapytałam mając na myśli ojca.
- Zaszył się na zadupiu w górach. - odpowiedział Samuel z ironicznym uśmiechem. - Myślisz, że został pustelnikiem? Przeprasza za swoje grzechy jakiś bogów?- dopytał z udawanym zainteresowaniem.
- ha ha... przezabawny jesteś.- odpowiedziałam tylko nie chcąc się dać sprowokować. Nie od dziś było jasnym co Samers myśli o moim ojcu.
- Wszystko wskazuje na to, że się ukrywa. Ludzie ojca go znaleźli, ale nic na razie z tym nie robią. Chyba boją sie szefa.- wytrzeszczyłam oczy na Deana. “Szefa”? Co u diabła?! Dean naprawdę miał zamiar dać się wciągnąć do tego świata?
- Sam, idź się spakuj na jakieś dwa dni. Będziecie mieli masę czasu na ploteczki.- powiedział chłodno Samuel. Coś w jego głosie wskazywało, że chce jeszcze porozmawiać z Deanem i Chadem na osobności.
- Nie możesz czegoś powiedzieć przy mnie?- zapytałam niewinnie.
- Zgadłaś. - odparł głosem podszytym groźbą. Chwile trawiłam sytuację. I tak się dowiem co powiedział. Chad będzie trzymał gębę na kłódkę, ale Dean to inna sprawa. Szczerze wątpiłam by był w stanie coś przede mną ukryć. W przeciwieństwie do Samuela miał wszystkie swoje myśli wymalowane na twarzy. Wstałam wolno i skierowałam się do schodów.
- Bądźcie grzeczni.- rzuciłam tylko wywołując ciche prychnięcie Samuela.
- Zaraz się widzimy! - odpowiedział Dean zadowolony z siebie. Milczeli dopóki nie zamknęłam za sobą drzwi do sypialni Samersa... do naszej sypialni. Co miały znaczyć te tajemnice? Wyjęłam torbę, włożyłam do środka bieliznę na zmianę, dwie koszulki i parę kosmetyków. Usiadłam zrezygnowana na łóżku. Jeśli mieliśmy wyjechać po zmroku było jeszcze sporo czasu. Przymknęłam oczy, przytłoczona nieco sytuacją. Co powiem ojcu? Co mam mu do powiedzenia po tym jak nas zostawił? Usiłowałam sobie to wyobrazić. Staje w drzwiach, ojciec mnie ściska i razem idziemy w stronę domu w rytm jakiejś ckliwej piosenki. Jakoś nie potrafiłam sobie tego realniej wyobrazić. Powiem mu, że dług został w większości spłacony, że Samers nie chce reszty, że da mu spokój. Że tęsknimy...martwimy się, że Kelly cierpi. Że jestem zła za to, że zostawił mnie z tym wszystkim samą. Że parę razy już byłam przez to bliska śmierci. Ale czy aby na pewno przez to? Położyłam się i zwinęłam w pozycję embrionalną.
...a jak nie będzie chciał wrócić? Parę łez spłynęło mi po policzkach. Porzucenie przez ojca bolało. Samers miał rację... powinnam być na niego wściekła. Mimo to chciałam, bardziej niż czegokolwiek, wiedzieć, że jest bezpieczny. Nie wiem ile tak leżałam zamknięta w świecie własnych wątpliwości. Podskoczyłam jak otworzyły się drzwi. Samuel położył się obok mnie krzyżując dłonie pod głową.
- Mały Owner poszedł zatankować, a Chad kończy przygotowania. Niedługo ruszacie.- powiedział spokojnie. Nie odpowiedziałam nadal częściowo będąc myślami gdzie indziej.
- Odechciało ci się jechać?- zapytał starając się zinterpretować moje milczenie.
- Nie. Po prostu... chyba się nieco boje.- wyznałam cicho.
- Chad jest strzelcem wyborowym, nic wam nie grozi.
- Nie o tym mówię. - westchnęłam ciężko, pogładził mnie po policzku.
- Wiem.- odpowiedział. Milczeliśmy chwilę.
- A jak nie będzie chciał wrócić?
- Naprawdę chcesz go w swoim życiu? - jęknął zmęczony, zezłościło mnie to nieco.
- To MÓJ ojciec!- Samuel zaśmiał się zimno.
- Sądzisz, że ma to jakieś znaczenie?- zapytał. Przypomniałam sobie mężczyznę z wąsami na zdjęciu znalezionym w pokoju gościnnym. I głos Chrisa, gdy mówił, że Samuel nie utrzymuje kontaktu z rodziną. Nie mogłam opanować ciekawości.
- Co się stało z twoją rodziną?- zapytałam cicho. Chad przestrzegał mnie bym nie zadawała tego pytania, ale nie mogłam sie powstrzymać. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
- Nigdy jej nie miałem.- odpowiedział po chwili. Kłamał! Przecież widziałam zdjęcie!
- Czyli po prostu pewnego dnia wypluło cię piekło?- zapytałam zgryźliwie.
- Całkiem możliwe.- odpowiedział z jakąś nową nutą w glosie. - Matka zmarła gdy byłem dzieciakiem. A ojciec to skurwysyn. Nie chcę o tym rozmawiać Sam. Moja przeszłość jest nie ważna i tyle. Istotnym jest, że nie mam rodziny. Moi ludzie są mi bardzo bliscy, to chyba bliższe pojęciu rodziny niż moja biologiczna. - powiedział w końcu z lekkim rozżaleniem. Spojrzałam na niego zaskoczona. Czemu nie potrafił o tym mówić? Co takiego musiało się stać, że dziecko uciekło z domu i nigdy nie wróciło? - Ty też.- powiedział po chwili, zamrugałam zaskoczona widząc nad sobą jego twarz. Serce zabiło mi mocniej a na policzki wpłynęły rumieńce. Jego spojrzenie było zupełnie inne od tego co widywałam na co dzień.  To było ciepłe. Wręcz gorące. - Ty też będziesz moją rodziną.- szepnął całując mnie. O ile to co mówił było... cóż, cholernie seksowne, to czułam się jakby coś mnie ominęło.
- Samuel...- westchnęłam cicho w jego ramionach. Usiłowałam się pozbierać z tego romantycznego uniesienia. - Co...co masz na myśli?- zapytałam cicho odsuwając się. Bądź co bądź, całkiem niedawno mieliśmy się rozstać. Uśmiechnął sie gładząc mój policzek.
- Chcę ciebie w swoim życiu, Sam. Chcę byś ze mną była, w tym domu, w tym łóżku.- mruknął przysuwając się do mnie. - Pożegnajmy się jak należy.- szepnął rozpinając mi spodnie. Zapomniałam na chwile o swoich kłopotach. O tym, że prawdopodobnie ojciec po prostu nie chce wrócić. Poddałam się pieszczotom, w mojej głowie byliśmy tylko my. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że będzie mi go brakować. Nawet przez te parę dni.
Zanim się zorientowałam za oknem powoli zapadał zmrok. Usiadłam na łóżku i przejechałam palcem po kręgosłupie Samuela. Mruknął tylko, budząc się. Przysnął na chwile. Wstałam, ale złapał mnie za rękę. Usiadłam obok niego nieco zaskoczona.
- Powinnam się już zbierać.- powiedziałam gładząc go po włosach.
- Uważaj na siebie i trzepnij swojego ojczulka ode mnie.- odpowiedział, pokręciłam z politowaniem głową. Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się. Wrzuciłam szczoteczkę do zębów do torby. Samuel wciągnął szybko na siebie spodnie i wyciągniętą koszulkę. Chwile wpatrywaliśmy się w siebie. Czułam, że chce coś powiedzieć. Uśmiechnęłam sie by go zachęcić. Jednak po sekundzie wszystko prysło wstał a jego twarz ponownie przyjęła chłodny wyraz.
- Czas byście jechali.- powiedział tylko, skinęłam głową. Schodząc po schodach wciąż miałam przed oczami jego ciepłe spojrzenie.
- Strzelałaś kiedyś Sam?- zapytał jakby od niechcenia Samuel, przystanęłam zaskoczona.
- Nie.- odpowiedziałam pytającym głosem.
- Trzeba będzie cię nauczyć na wszelki wypadek.- odpowiedział niepocieszony moją odpowiedzią.
- Niby po co?- zapytałam ostro.
- Bym mógł spać spokojniej.- odpowiedział rzeczowo. Na dole w salonie czekali Chad z Deanem. Dean układał domek z kart, który rozsypał się jak tylko weszliśmy do środka.
- Już?- zapytał Chad zerkając na Samuela, ten tylko skinął głowa i podał mu moją torbę. Wyszliśmy na parking, zapakowaliśmy się o brązowego terenowego samochodu.
- Jesteśmy w kontakcie.- powiedział tylko Samers otwierając mi drzwi. Gdy odjeżdżaliśmy zabrakło mi jakiegoś... bardziej emocjonalnego pożegnania. Samuel był prawdziwą zagadką, zmieniał się jak kalejdoskop.
Chad prowadził, Dean natomiast ustawiał GPS'a. Siedziałam z tyłu.
- Sammy i jak tam przed podróżą? Mam karty możemy pograć w pokera.- zaproponował Dean zerkając w tył. Mimo półmroku dostrzegłam cień rumieńca na jego policzkach.
- Może za chwilkę. Napiszę tylko smsa do siostry. - odpowiedziałam z uśmiechem. Jak sie odwrócił zerknęłam na swoje odbicie na mojej szyi dostrzegłam trzy czerwone ślady. “Malinki”. Zarumieniłam sie nerwowo poprawiając kołnierzyk. Naprawdę... Samuel zachował się jak dzieciak. Czułam się jak podpisana zabawka. Jak mogłam tego nie dostrzec? Westchnęłam ciężko. Trudno.
Wyjęłam komórkę i napisałam dwie wiadomości, jedną do Kelly z zapytaniem jak tam w domu i drugą do Samersa :” Mogłeś mi powiedzieć, że wyglądam jakbym miała ospę!”. Odpowiedział niemal natychmiast :” Mi tam się podoba.”. Przewróciłam oczami.
- Gramy?- zapytałam machając na to mentalnie ręką.
- Jak twój ojciec zareagował gdy się dowiedział, że znasz jego tajemnicę?- zapytałam cicho, mając nadzieję, że nie jestem nazbyt wścibska. Nieco byłam, ale miałam nadzieję, że tak w sam raz. Dean milczał chwile układając karty.
- Wściekł się. Powiedział, że jeśli powiem matce to pęknie jej serce. Chyba ma rację, ale trudno jest zachować to w tajemnicy. Nie rozmawiałem z nim potem.- powiedział cicho. Skinęłam głową. Biedna Nancy... czyli nadal nic nie wie. Chociaż może faktycznie lepiej by nigdy się nie dowiedziała?
- Musicie w to grać?- zapytał Chad, patrząc kontem oka na karty, których cześć rozsypała się i  powpadała za siedzenia.
- Musimy jakoś zabić czas.- odpowiedziałam nieco rozbawiona. - Ale wiesz, możemy nie grać jak nas czymś zajmiesz. Opowiastką na ten przykład.
- Nie przepadam za takimi rzeczami.- odparł cicho, włączając się do ruchu na autostradzie.
- Jak to się stało, że pracujesz dla szefa?- wypalił Dean. Szczerze sama chciałam zadać to pytanie, ale z jakiegoś powodu się bałam. Zdawało mi się zbyt prywatne. Teraz, kiedy już padło utkwiłam wyczekujące spojrzenie w plecach Chada.
- Jak opowiem to przestaniecie mi zaśmiecać auto?- zapytał tylko, uśmiechnęłam się triumfalnie.
- Obiecuje.- odpowiedziałam.
Światła drogowe raz po raz oświetlały twarz Chrisa, która zamieniła się w maskę, widziałam jej kawałek w lusterkach.
- To było jakieś siedem lat temu. Szef przejął Półksiężyc, ludzi to niepokoiło. Nikt nie wiedział o co mu chodzi, a sam fakt, że organizację przejął tak młody dzieciak... cóż, stanowił zagrożenie dla innych. Chodziły plotki, że był zbyt porywczy na te pracę. Wcześniej Półksiężyc był podległy innej organizacji Deus. Pracowałem tam. - zdziwiłam się nieco, z jakiegoś powodu nie sądziłam żeby Chris mógł kiedykolwiek robić coś innego jak praca dla Samuela. - Śledziliśmy poczynania szefa z bezpiecznej odległości, ale kiedy odmówił... kategorycznie odmówił współpracy z moją organizacją zostałem wysłany do Półksiężyca z zadaniem pozbycia sie młodziaka. Zabierał nam wpływy, poza tym mój ówczesny szef miał osobisty zatarg z Samuelam. - zamilkł na chwilę.
- Miałeś zabić szefa?- dopytał Dean z niedowierzaniem. Chris skinął głową.
- Nie było łatwo, musiałem dostać się do Półksiężyca i zdobyć ich zaufanie by dopuścili mnie do Samuela. Gdy go spotkałem...byłem zaskoczony. Potrafił w jednej chwili wpaść w gniew i prawie skatować kogoś kto nawalił w robocie. Gdy to zobaczyłem przyznałem racje Deusowi... uważałem, że nie nadaje się na szefa i może przysporzyć wielu kłopotów i szkód . Udawałem jednak, że wszystko jest w porządku, aż po jakiś trzech miesiącach bycia pod przykrywką zostałem sam z Samuelem w mieszkaniu. Przygotowywał obstawę dla jakiejś roboty i miałem nią kierować. Gdy przyszedłem, miałem już w głowie gotowy plan ucieczki, naładowaną broń. Siedział spokojnie widząc jak ją wyciągam. Wiedział dokładnie dla kogo pracowałem. Wyjaśnił mi jak się o tym dowiedział...niemal natychmiast gdy się u nich pojawiłem. Ze zdziwieniem odkryłem, że on również trzyma mnie na muszce a mój pistolet został przewiercony. Nie korzystałem z niego od jakiegoś czasu, nie spostrzegłem tego. Szef... cóż, rozmawialiśmy dość długo. Byłem pewien, że chłopak mnie zastrzeli, przecież widziałem jak w szale bił paru innych. Nie sądziłem, że odłoży broń i zaproponuje mi prace u siebie. Wydało mi się to głupie. Naiwne wręcz. Ale okazało się, że mnie prześwietlił. Zaproponował mi pomoc, wyjaśnił jak chce by funkcjonowała organizacja. Nawet komuś takiemu jak ja to się spodobało. Zgodziłem się, szef pomógł mi odciąć się od dawnej organizacji i będę mu za to dozgonnie wdzięczny. To było prawdziwe piekło. - powiedział cicho. Milczałam wciąż nie mogąc wyjść z szoku.
- Dla kogo wcześniej pracowałeś?- zapytałam w końcu, Chris uśmiechnął się chłodno.
- Dla ojca szefa.- odpowiedział jakby nigdy nic, już zupełnie pozostawiając mnie w szoku. Milczeliśmy, przemierzając kilometry z prędkością 140 na godzinę.
- Ojciec Samuela chciał go zabić?- dopytałam chcąc sobie to ułożyć w głowie.
-To... to nie jest normalny człowiek. Nie zrozum mnie źle szef też ma wady, ale nigdy nie krzywdził nikogo bez wyraźnej konieczności i powodu. Jego ojciec nie ma takich zasad, toczyliśmy regularna wojnę z wszystkimi organizacjami sięgając po naprawdę okropne środki. Będę smażył się w piekle, to pewne. Czasem nadal nie mogę uwierzyć, że byłem do tego zdolny. Szef... Samuel był nadspodziewanie ludzki, Półksiężyc odkąd go przejął zmienił się i to bardzo. Myślę, że nawet gliny to wiedzą, dlatego nie są tak upierdliwe jak kiedyś. Szef naprawdę wyciągnął mnie z bagna, nie sądziłem, że zdołam się z niego wyczołgać. - uśmiechnęłam się do własnych myśli. Czyli jednak miał dobrą stronę... wśród czarnych charakterów, nie był najczarniejszy.
- Bardzo ci ufa.- zauważyłam, skinął głową i odpowiedział z wyraźna dumą.
- Wiele razem przeszliśmy.
Jechaliśmy dalej pogrążeni we własnych myślach. Czyli to miał na myśli Samuel mówiąc, że jego ojciec to skurwysyn. Dziwiło mnie tylko, co z resztą rodziny. Żadna babka, czy ciotka nie zainteresowała się losem dziecka? Albo opieka społeczna? Mimo, że Samers powiedział, ze jego przeszłość nie jest ważna to ciekawiła mnie. On wiedział o mnie wszystko, ja miałam natomiast tylko strzępki informacji. Choć Chris był jedynym, który rzucał nieco światła na jego postać.
- Sammy, miałem ciebie spytać...- usłyszałam głos Deana. No tak, każdy z nas odpowiedział tu na osobiste pytanie, chyba przyszła moja kolej. Wahanie w głosie Deana wskazywało, że on również nie jest pewien czy powinien je zadać.
- Naprawdę się zaręczyliście? Wyjdziesz za niego?- zapytał w końcu. Zakaszlałam z zaskoczenia. Spodziewała się zwykłego prywatnego pytania “Czy kocham siostrę?”, czy czegoś w tym rodzaju. To natomiast było bombą. Nie miałam pojęcia... Chwile się zastanowiłam wracając do “oświadczyn” w wykonaniu Samuela, skrzywiłam się przypominając je sobie.
- Samuel tak powiedział, bo chciał tylko dać mi jakiś powód bym opuściła dom.- powiedziałam w końcu, zgodnie z prawdą.
- Jest tego panienka pewna?- zapytał jakby nigdy nic Chris. Coś czaiło się w jego głosie. Niewerbalne upomnienie. O czym? Zmarszczyłam brwi.
- Tak mi powiedział. Dodał, że jeszcze go to bawi.- odparłam sięgając pamięcią do naszej kłótni w Boże Narodzenie w salonie.
- Oświadczyny to duża rzecz, chyba powinnaś być ich pewna.- dodał ze zrozumieniem Dean – Czyli nie jesteście zaręczeni?- dopytał.
- Nie, nie jesteśmy.- odpowiedziałam już pewniej. W końcu, Dean miał rację. Jeśli byliśmy to chyba powinnam coś o tym wiedzieć.
- Szef bywa... dość trudny, ale chyba powinniście to przedyskutować.- zauważył Chad.
- Wiesz coś, czego ja nie wiem?- zapytałam obawiając się odpowiedzi.
- Wiele rzeczy panienko, ale wolałbym się w te sprawy nie wtrącać. Panienka rozumie. Po prostu chyba dobrze zrobi wam rozmowa jak wrócicie...jak mnie nie będzie w mieszkaniu.- dodał, dając mi do zrozumienia, że na tej linii może być pewien konflikt. Chyba nie miał na myśli, że Samuel brał swoje urojone zaręczyny na poważnie. Na Boga, przecież on sam o tym zadecydował, nie dając mi miejsca na manewry. Po za tym wyraźnie powiedział... zrobił to by zabrać mnie z domu i by mnie zirytować. Chyba to nie mogły być powody by wejść w związek małżeński. Byliśmy kiepską parą, małżeństwo było by już katastrofą. Jak Tytanic.
Zadzwonił telefon, Chris odebrał go spokojnie. W sekundę zorientowałam się z kim rozmawia. Z trudem przyznałam, że Chad zna go dużo lepiej niż ja.
- Pokonaliśmy już jedną czwartą drogi.- zakomunikował do słuchawki, dopiero teraz zauważyłam, że zaczęło się rozjaśniać. Poczułam zmęczenie, w ogóle nie spałam. Obiecałam sobie, że to nadrobię. O ile usnę z tymi wszystkimi myślami... Chad podał mi słuchawkę.
- Panienko...- powiedział tylko, przejęłam telefon z ciężkim sercem.
- Tak?- odezwałam się do słuchawki starając się nie brzmieć na zaniepokojoną.
- Spałaś?- zapytał Samuel rzeczowym tonem.
- Nie.
- A co pogaduchy?- zapytał złośliwie, zaśmiałam się nerwowo... chyba by się wściekł na Chrisa za te wszystkie informacje.
- Mniej więcej. Dużo emocji.- odpowiedziałam mgliście, niemal tworząc haiku.
- Prześpij sie, nie powinnaś tak sie denerwować. Wszystko gra? Mały się do ciebie nie przystawia?
- Nie denerwuj mnie.- upomniałam go, odpowiedział tylko chichotem. Jednak mimo to byłam pewna, że chciał to sprawdzić.
- Połóż się.- polecił mi tylko I sie rozłączył. Taki właśnie był, zero informacji co u niego, co robi... minimum emocji... zero tych pozytywnych. Pomyślałam o tym co mnie czeka. Mieszkanie z nim. Bycie z nim. Zrobiło mi się ciepło. A potem znowu przyszły wątpliwości. .. Co ja powiem ojcu?
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Informacja

czwartek, 7.sierpnia.2014, 22:50
Jestem, przepraszam za kolejne znikniecie. Dopiero teraz znalazłam nieco czasu dla siebie. Motywuje się do kolejnego rozdziału czytając Ojca Chrzestnego na zmianę z planowaniem własnego ślubu. Przyznam, że obie rzeczy są zajmujące. Jednak już mi niemoc tworcza mija i mam ochotę powrócić do historii. W tym tygodniu już dodam kolejną część. Pozdrawiam.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział VII cz. 4

wtorek, 27.maja.2014, 00:04

Nienawidzę podejmować decyzji. Nigdy nie byłam w tym dobra, czego bym nie zrobiła i tak wracałam myślami do już straconych opcji. I zwykle dochodziłam do wniosku, że wyszłabym milion razy lepiej na zostaniu po prostu w domu. Po co konfrontować się z problemami? Prędzej czy później one skonfrontują się ze mną. Góra do Mahometa, generalnie te sprawy. Siedziałam w fotelu rozważając jak bardzo udało mi się skomplikować swoje życie w przeciągu roku. Kolejną rozważaną przeze mnie rzeczą był problem uczelni. Mianowice : Iść i dać się złapać, czy nie iść i dać się wylać. Byłam już o krok powierzenia mojej przyszłości rzutowi monetą gdy po raz kolejny zadzwonił telefon domowy. Utkwiłam w nim spojrzenie zastanawiając się czy ludzie Samersa muszą sprawdzać ten numer co jakąś określoną ilość godzin czy po prostu są nadgorliwi. Po raz kolejny usłyszałam, tym razem głos Siekiery chcącej koniecznie przekazać mojej rodzinie bilety do kina.
… mam przerąbane... czego bym nie zrobiła to i tak muszę porozmawiać z Samersem... kto by przypuszczał, że będzie mi zależeć na tyle by mnie prześladować... może znudzi mu się po paru dniach? Jak dzieci, które dostają nową zabawkę i porzucają stare w kąt. Poczułam dokuczliwy ból w sercu. Co mu powiem jak go spotkam? Co mi zrobi gdy mnie spotka? Zrobi mi coś? Ruszyłam pod prysznic zastanawiając się nad wszystkimi powodami by go zostawić. Ten związek był naprawdę niewydolny. Może to ja byłam ułomna? Czemu nie umiałam skutecznie mu się przeciwstawić? Po jaką cholerę, za każdym razem musiałam uciekać od niego by odetchnąć? Czemu miałam wrażenie, że się duszę? Pomyśleć, że naiwna część mnie, parę dni temu myślała o wspólnej przyszłości.
Ubierałam się wolno wciąż nie umiejąc podjąć decyzji. Zażenowana samą sobą uznałam, że tak naprawdę nie mam wyboru. Muszę iść, nie mogę ukrywać się w mieszkaniu dłużej. Głównie dlatego, że jedzenie się skończyło. Ach, te ludzkie, malutkie problemy. Zawiązałam buty. Chwile wahając się uznałam, że wyjdę głównym wyjściem, I tak Samers się dowie i tak. Może na wszelki wypadek powinnam mieć przy sobie jakąś broń? Skarciłam się myślach. Co jak co, byłam pewna, ze nigdy by nie zrobił mi krzywdy... fizycznej, doskonale radził sobie niszcząc mnie psychicznie.
Po za tym chyba musiałam się z nim skontaktować, jeśli nadal chciałam spotkać się z ojcem.
Chłodne powietrze wypełniło moje płuca. Nie może być tak źle!- postanowiłam i ruszyłam przed siebie zmobilizowana. Droga na uczelnie nawet mijała mi przyjemnie, zdecydowałam, że przejdę się na piechotę. Odrobina ruchu nie zaszkodzi. Włączyłam komórkę i ignorując niekończące się powiadomienia o nieodebranych połączeniach zadzwoniłam do Ann. Odebrała prawie natychmiast.
- Sam! Samers ciebie szuka!- wypaliła na samym początku rozmowy. Skrzywiłam się.
- Tak... cześć Ann, miło cię słyszeć, co tam porabiasz?- zagadałam całkowicie ignorując podaną przez przyjaciółkę informację.
- Był bardzo zdenerwowany jak dzwonił, myślałam, że coś się stało...
- Skąd... nic a nic, wszystko jest w jak najlepszym...- urwałam widząc auto Samuela na podjedzie uczelni -... porządku.- dokończyłam. Rozejrzałam się uważnie, nie widać prześladowcy. To chyba dobry znak?
- Ann, kiedy będziesz na uczelni?- zapytałam jakby nigdy nic, może lepiej nie wchodzić samej, porwie mnie i zamknie w wieży. Albo gorzej! Zażąda zwrotu długu! Albo przestanie pilnować by ojca nie dopadli zabójcy Ownera! Albo nie odda mi moich płyt! Samers miał na mnie sporo haków.
- Nie idę, chora jestem.- poskarżyła się Ann... jęknęłam, ot tyle moich fantazji o bodyguardzie, dzwonienie do Jamesa odpadało, Samers zabił by nas oboje. Może Kelly? Nie, wtorki miała wolne... westchnęłam ciężko, chwile jeszcze rozmawiałam z Ann po czym ruszyłam do budynku. Usadowiłam się grzecznie pod salą ćwiczeniową. Zaskoczona nieco weszłam na zajęcia i poszłam na kolejne. Bez przeszkód. Może Samers, naprawdę dał sobie spokój? Czemu moja skrzywiona osobowość z jakiegoś powodu poczuła się tym faktem zraniona?! Musze znormalnieć. Znaleźć sobie chłopaka, który nie zamyka mnie w mieszkaniu i nie każe pilnować swoim ludziom na posyłki.
Ćwiczeniowiec mówił nie na temat, zatrzymując się na opowieści jak to kupił małego szczeniaka, który go się nie słuchał. Żałowałam, że nie zostałam w mieszkaniu. Chwile rozmawiałam z dziewczynami z grupy o nadchodzącym kolokwium po czym zabrałam się w drogę do domu. Podczas tego spaceru prawie podjęłam decyzję by samej zadzwonić do Samuela. Może go ktoś zastrzelił? Albo zwariował? Przystanęłam przy sklepie spożywczym robiąc podstawowe zakupy do mieszkania. Wspinając się po klatce schodowej. Otworzyłam drzwi i ruszyłam do kuchni, włączyłam radio w którym leciały jakieś stare przeboje. Nucąc włożyłam produkty do lodówki. Oparłam się o blat i wyjęłam komórkę nie mogąc się już dłużej powstrzymać. 23 nieodebrane połączenia... na swój mało zabawny sposób, to było całkiem zabawne.
- Dobrze wiedzieć, że masz ją przy sobie...- usłyszałam znajomy głos, podskoczyłam przestraszona kierując wzrok w stronę salonu w którym nie zapaliłam świateł. Chwile przetrawiałam sytuację.
- Napijesz się czegoś? Soku? Herbaty? - zapytałam spokojnie opierając się o blat.
- Wody.- wyjęłam dwie szklanki z szafki i napełniłam je przezroczystym płynem. Chyba wolałabym by to było wódka. Samuel wyszedł z salonu bez siekiery czy broni... za to wyglądając okropnie. Nie kryłam zaskoczenia jego widokiem. Pod oczami rysowały się ciemne sińce, a cera miała dziwnie blady odcień, włosy miał potargane a na sobie wciąż miał te same ubranie w którym widziałam go wczoraj rano.
- Wyglądasz okropnie.- powiedziałam w końcu z sadystyczną przyjemnością z tego powodu. Pociągnęłam łyk ze szklanki i przeszłam do salonu włączając światło, po części dlatego by sprawdzić czy w cieniu nie kryje się jeszcze Chad. Nie krył się.
- Ty też nie najlepiej.- odpowiedział ostro, zaśmiałam się cicho. Przypominało to utarczki słowne z przedszkola “chyba ty”.
- Kiepsko spałam przez ostatnie dwie noce.- odpowiedziałam szczerze, Samuel wpatrywał się chwile we mnie. Cisza jaka panowała między nami była nieprzyjemna. Pełna wzajemnych oskarżeń, wyrzutów.
- Jak wydostałaś się z uczelni?- zapytał rzeczowo.
- Zawołałam taksówkę do wejścia dla personelu, byłam zdziwiona, że w swej wszechwiedzy na to nie wpadłeś.- warknęłam, prychnął. Uśmiechnął się wymuszenie.
- Nie przyszło mi do głowy, że spróbujesz uciec jak tylko pojawi się pierwszy kłopot.- mruknął uszczypliwie robiąc krok w moją stronę. Nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu.
- Tak jakby to był pierwszy...
- Punkt dla ciebie... drugi.- odpowiedział, zaśmiałam się cicho. Znowu zapadła cisza. Czemu to wszystko jest trudne? Wyglądał na wykończonego... miałam ochotę przejechać dłonią po jego włosach i przytulić się. Po tym wszystkim co mi powiedział. Mimo tego co mi powiedział.
- Czemu nie odebrałaś telefonu?
- Czemu dzwoniłeś? - nie chciałam znowu przegrać kłótni. Przybliżyłam się do niego chcąc lepiej widzieć jego twarz. Zobaczyłam cień irytacji w jego oczach.
- Chciałem wiedzieć gdzie jesteś.
- A ja nie chciałam byś wiedział gdzie jestem.- skwitowałam spokojnie. Samers odstawił szklankę na blat stołu i podszedł do mnie.
- Pieprze to, nie mam ochoty na te przepychanki.- warknął, uniosłam wysoko brwi.
- Myślisz, że ja...- złapał mnie i przyciągnął do siebie. Przycisnął mocno, złapałam głośno powietrze zaskoczona. Pachniało nim. - ...mam?- dokończyłam szeptem. Łzy cisnęły mi się do oczu, a gardło ścisnęło.
- Myślałem, że już nie żyjesz. - wyszeptał cicho, chciałam się oderwać do niego by spojrzeć mu w oczy, ale trzymał mnie za mocno.
- Myślałem, że cię złapali i zabili, wyrzucili telefon. Nikt cię nie widział, ani na dworcach, lotniskach, nigdzie...w tym mieszkaniu też...u twoich koleżanek... - kontynuował.
- I nie przyszło ci do głowy, że po tym co zrobiłeś nie będę chciała cię widzieć?- zapytałam niewinnie, poczułam, że mocniej napiął mięśnie. Milczał, trzymając mnie mocno.
- Myślałem, że... podobno mnie kochasz.  Nie powinno być to tak łatwe by mnie zostawić.- odpowiedział dziwnie wypranym z emocji głosem.
- Nie jest mi łatwo.- odpowiedziałam chłodno. Udało mi się odsunąć się od niego na tyle by spojrzeć mu w twarz. Poważny wyraz jaki się na niej malował nieco mnie zaniepokoił. Wolałam jak sobie dowcipkował, ale cóż... nie jest tak, że się tego nie spodziewałam.
- Czyli chcesz odejść? - zapytał spokojnie
- Myślałam, że już to zrobiłam. - złapał mnie mocniej i pocałował... wbrew moim słowom oddalam pocałunek. Wbiłam się mocnej w jego usta, przeczesałam dłonią po jego włosach tak jak chciałam. Czemu nie mogło być dokładnie jak chciałam? Wsunęłam dłoń pod jego koszulkę rokoszując się dotykiem jego nagich pleców. Samuel odsunął się ode mnie na parę centymetrów, miałam nadzieje, że tego nie zrobi. Nie zażąda bym się określiła. Nie umiałam podejmować decyzji, zawsze, ale to zawsze podejmowałam złe.
- Musimy porozmawiać.- powiedział uśmiechając się lekko - Nie rób takiej miny, też bym wolał się zabawić, ale do cholery jasnej podobno mnie zostawiasz.- powiedział nieco zbyt lekkim tonem. Usiadłam na fotelu niezadowolona. Nienawidziłam siebie, za to, że nagle odechciało mi się od niego odejść. Wystarczyło, że go zobaczyłam. Byłam poważnie chora na brak logiki w myśleniu. Musi istnieć taka jednostka chorobowa.
Samers zakasłał po czym ponownie przywdział poważny wyraz twarzy.
- Przepraszam.- powiedział w końcu.
- Co?- zapytałam zaskoczona. Zgłupiałam... Podniosłam się z fotela nie mogąc usiedzieć na miejscu. - Co?- powtórzyłam.
- Powiedziałem: Przepraszam, Sam, naprawdę zamknij te usta. Zachowałem się... cóż... przepraszam.- powiedział jeszcze raz czując się wyraźnie nieswojo. Przez chwile nie potrafiłam znaleźć słów.
- Masz zamiar się tak gapić?- mruknął.
- Nie sądziłam, że POTRAFISZ przerosić, powiedzmy, że to trawię.
- Potrafię niesamowicie wiele rzeczy, Sam.- powiedział cicho, przeszedł mnie dreszcz. Zbliżył się znowu do mnie.
- Wróć do domu, Sam.- powiedział spokojnie. Spojrzałam na swoje buty. Czemu nie mogłam znaleźć sobie chłopaka z którym miałabym kłótnie na jaki film iść do kina? Podniosłam wzrok na Samersa, który wyraźnie czekał. Może rzucę monetą? Będę mogła potem wszystko zrzucić na ślepy los zamiast własną głupotę.
- Jeśli wrócę to co?- zapytałam niepewnie, Samers odetchnął.
- Nie wiem... popracujemy nad sobą? Tak chyba robią pary...- powiedział zdenerwowany. “Para”... skąd mam wiedzieć jak robią “pary”? Nigdy nie byłam w dobrze funkcjonującym związku, z tym włącznie.
- Dobrze. Pracujmy nad sobą... pracuj nad sobą, jeśli jeszcze raz mnie zamkniesz w mieszkaniu to przysięgam uduszę cię, Samers! - odpowiedziałam w końcu. Chyba powiedziałabym wszystko by tylko móc na nowo być z nim. Byłam słabą osóbka... trudno, powinno się znać swoje wady.
- Jeśli jeszcze raz zostawisz mnie z myślą, że możesz nie żyć, to przysięgam ja uduszę ciebie.- odpowiedział biorąc mnie ponownie w ramiona. - Kocham Cię, Sam.- powiedział cicho. Tym jednym wyznaniem pokonał mnie zupełnie. Wygrał tę utarczkę. Znieruchomiałam zaskoczona i jednocześnie... szczęśliwa. Cholernie szczęśliwa. Chyba nigdy w życiu nie czułam się w ten sposób. Fakt, że nie dałam już rady powstrzymać szlochu w jego ramionach, nie był już ważny. Właściwie nic nie było tak ważne.
- Ja ciebie też.- odpowiedziałam cichutko, uśmiechnął się. Nie widziałam jego ust, ale byłam pewna, że tak było.
- Wiem. - odpowiedział krótko. Zaczęliśmy się znowu całować, a potem kochać. Między nami pojawiła się intymność, czułość, radość.
Zbierając swoje rzeczy i idąc z nim do samochodu zastanawiałam się tylko nad jednym. Nad faktem, że zawsze żałuje swoich decyzji. Kiedy miałam pożałować I tej?


***
Parę kolejnych dni minęło spokojnie, bez dramatów, bez kłótni. Odzyskałam samochód i uzyskałam obietnicę, że nie zostanie mi już zabrany. Kiedy wracałam z uczelni niemal zapomniałam o świecie z którym żył Samuel. Świecie, który różnił się od mojego a w który powoli zaczęłam wchodzić. Przypomniał mi o nim dopiero blondyn siedzący naprzeciwko Samersa w salonie. Uśmiechnął się na mój widok.
- Cześć Sammy.- przywitał się z entuzjazmem.

_________
Z opóźnieniem notka, przepraszam, niestety sesja idzie. Jak znajdę chwile zacznę już VIII rozdział w którym planuje nieco więcej akcji :). Zapraszam do czytania.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział VII cz. 3

wtorek, 8.kwietnia.2014, 00:46

Samers kontynuował swój monolog nie dając właściwie mi szansy dojść do słowa. Naprawdę próbowałam mu przerwać, ale nakręcał się tylko bardziej i bardziej. Zatrzymał się pod swoim mieszkaniem z piskiem opon. Chwile siedział nieruchomo przed kierownicą po czym spojrzał na mnie wreszcie milcząc.
- Już mogę? Skończyłeś ?- dopytałam upewniając się, warknął coś w odpowiedzi.
- To nic takiego, mówiłam Ci. Namalował obraz i tyle, kiedyś razem spędziliśmy tam wakacje, więc chyba myślał, że ma jakieś specjalne znaczenie. Ale nie ma. - dodałam to ostatnie, mając nadzieję, że powstrzyma to kolejną serenadę przekleństw.
- Wspólne wakacje, hę?- mruknął wychodząc z auta i trzaskając drzwiami tak, że zdziwiłam się, że nie odpadły. Po chwili wahania wysiadłam za nim. Rozważałam czy przypadkiem nie powinnam się gdzieś schować i poczekać aż uspokoi się chociaż na tyle by słuchać moich argumentów. Swoją drogą ta kłótnia była idiotyczna. Przerażała mnie ilość informacji, które wydedukował Samers tylko po tej krótkiej “wymianie zdań” na parkingu. Tym bardziej, że większość jego spostrzeżeń była trafna, inne już nakręcała jego paranoja. Wspiął się po schodach i wlazł do środka. Stałam chwile na chodniku. Na serio chyba powinnam sobie iść. Tak na wszelki wypadek.
- ZAMIERZASZ TAK TAM STAĆ?!- usłyszałam wrzask ze środka. Oj...jaki marudny. Ruszyłam nie spiesząc się do środka.
- Tam mam lepszą pozycję do ucieczki.- odpowiedziałam zgryźliwie. Chad wyjrzał z kuchni nieco zaniepokojony.
- Czy...- zaczął, ale mu przerwałam
- Lepiej stąd znikajcie, Jego Wysokość ma zły humor.
- Sam, zaczynasz przeginać.- zakomunikował mi Samers maszerując z salonu, Chad korzystając z okazji złapał swoją marynarkę i czmychnął zamykając za sobą drzwi. Szczęściarz.
- JA nic nie zrobiłam. Więc chyba nie powinno być sprawy.- odpowiedziałam siadając na krześle w kuchni.
- O jakiej decyzji on mówił?- zapytał ostro. Czułam się jak na dywaniku dyrektora.
- Nie twoja sprawa.- odpowiedziałam odważnie, jednocześnie przymykając na chwilę oczy bojąc się, że mnie trzaśnie. Nie trzasnął. Wpatrywał się tylko we mnie ze wściekłością.
- Spałaś z nim?- zapytał, jęknęłam. Znowu. Znowu ta sama dyskusja.
- A co to ma do rzeczy?- odpowiedziałam nie chcąc odpowiadać. Ale on już wiedział. Nie denerwowałby się tak gdyby nie wiedział. Chyba.
- Czyli tak.- odpowiedział, podszedł do mnie i oparł się o blat kuchenny przez chwilę wpatrując się w przestrzeń.
- Podobało ci się jak cię pieprzył?
Nie wytrzymałam i strzeliłam go w twarz “z liścia”. Zamilkł, podczas gdy ja wstałam.
-Nie będę tego słuchać, mam serdecznie dość pretensji i twoich irracjonalnych zachowań. - odpowiedziałam starając się brzmieć chłodno, ale mój głos załamał się niebezpiecznie. Przełknęłam ślinę i ruszyłam w stronę drzwi. Uprzedził mnie, zasłaniając je. Bałam się patrzeć na jego twarz. Bałam się tego, że milczał.
-Jakie to ma wszystko teraz znaczenie? Nie znałam ciebie i nie miałam żadnych zobowiązań wobec ciebie, więc jaki masz z tym problem? Nie powiesz mi, że byłeś święty przed tym jak się poznaliśmy? - że nadal jesteś...chciałam dodać. Cisza, postarałam się go wyminąć ale złapał mnie wpół i odciągnął od drzwi. Chciałam się wyrwać, ale nie dałam rady. Przyciągnął mnie tylko do siebie mocniej. Wręcz boleśnie. Milczał dalej.
- Samuel, to naprawdę stara historia. Byłam z nim raz, to wszystko. To był błąd.- tak jak my... to również zostawiłam dla siebie. Chyba nie potrafiłam dobierać sobie partnerów. Poprawka. Na pewno, nie potrafiłam.
- Powiedz coś...- szepnęłam naprawdę czując strach.
- Zatłukę go.- usłyszałam ciche zapewnienie gdzieś w moich włosach. Spróbowałam się wyrwać oburzona ale znowu nie dałam rady. Nadepnęłam go z całej siły na stopę, uścisk się na chwile rozluźnił, wyrwałam się i odbiegłam tak by dzielił nas kuchenny blat. Dawał mi mimo wszystko jakieś poczucie bezpieczeństwa. Samers wyglądał nagle przerażająco spokojnie.
- Jeśli mu coś zrobisz...
- To co?- zapytał szybko, znowu próbując mnie złapać. Chodziliśmy tak wokół stołu. Pamiętałam jak kiedyś bawiłam się tak w berka z ojcem... w kuchni, w naszym starym jeszcze istniejącym rodzinnym domu.
- Nie wybaczę ci. Nigdy.- odparłam. Chwile patrzył mi w oczy i uśmiechnął się wrednie.
- Chyba mogę z tym żyć.- zabrałam głośno powietrza. Miałam nadzieję, że ten argument jakkolwiek do niego trafi. Poczułam się zraniona. Zacisnęłam pięść wyobrażając sobie jak chętnie bym mu przyłożyła. Twarz Samersa pociemniała i ruszył w kierunku drzwi. Tym razem to ja pobiegłam za nim i złapałam go za ramię. Odwrócił się niemal natychmiast. Staliśmy tak twarzą w twarz.
- Zostaw go, nic nie zrobił.- szepnęłam próbując być przekonująca.
- Nie bez powodu unika się mnie gdy jestem wściekły, Sam. A ten chłopczyk, nie dość, że... nie dość, że z nim byłaś, to jeszcze zaproponował ci powrót do siebie PRZY MNIE. Zdajesz sobie sprawę z tego? Może powinnaś rozpatrzeć jego propozycję...- zaczął.
- Jest głupi i tyle, to nie powód by komukolwiek grozić. Przyjaźnimy się to wszystko.
- On na to tak nie patrzy...
- Patrzy, tylko... spanikował jak o nas usłyszał. Chyba chciał mi dać... bezpieczniejszą alternatywę. - powiedziałam cicho starając się uważnie obserwować mojego rozmówcę. Chciałam go jakoś uspokoić...
- Mówiłeś, że nie będziesz miał nic przeciwko moim kolegom, a nic mnie z nim nie łącz po za...
- Oprócz jednego numerku? Sam, uważam siebie za stosunkowo cierpliwego. Zdziwiony jestem, że nie zrobiłem tam nic więcej już na parkingu. Ktoś powinien mu mocno przypieprzyć w ten głupi łeb a on powinien się cieszyć, że go nie wyrwę.
-ZA CO?! - odpowiedział mi znowu ciszą. Cholerny idiota.
-Niech będzie to jasne. Jeśli coś mu się stanie, to odejdę. Nie wrócę i w ogóle rozpłynę się w powietrzu jak...- chwile myślałam co rozpływa się w powietrzu ale przerwało mi prychnięcie Samuela.
-Myślisz, że ci pozwolę? Tak po prostu sobie odejść?- warknął.
- TAK. Tak myślę. Nie masz ze mnie zysków, część długów mam spłaconych, inną część znając twoją smykałkę do interesów i twoje chamstwo wyciągniesz od reszty mojej rodziny. A ja po prostu sobie wsiądę do auta i pojadę cholernie daleko stąd. NIE MOŻESZ zachowywać się jakby...jakby ci zależało na mnie a potem wszystkiego psuć bo jesteś popapranym idiotą. Nie obchodzi mnie o co chodziło Adamowi, dlaczego to ma takie znaczenie dla ciebie, co?!
- Wychodzę.- zakomunikował chłodno.
- Jeśli coś mu zrobisz...
- Zrobię, Sam. Nie będę z tobą dyskutował. Zostań tu.- polecił, próbowałam protestować, ale zręcznie mnie minął i dopadł drzwi. Usłyszałam tylko szczęk zamka, zagłuszany nieco przez walnie mojego serca. Stałam tak dobrą chwile nie mogąc się ruszyć. Policzyłam w myślach powoli do dziesięciu mając nadzieję, że to mi pomoże. Nie udało się. Wyszarpałam komórkę ze spodni i wybrałam numer Adama. Nie odbierał. Nerwowo chodziłam po mieszkaniu, szarpnęłam klamkę. Nie wiem na co liczyłam, chyba, że zamek jednak nie zaskoczył. Adam odebrał dopiero piąty telefon. Miałam nadzieję, że mimo straconego czasu nie było za późno. Mieszkanie Adama było naprawdę blisko kiedy miało się samochód.
- Zamknij drzwi, szybko. Zarygluj, nie wiem...zarygluj czymkolwiek. NIE OTWIERAJ.- powiedziałam nieco za szybko. W słuchawce odpowiedziała mi chwile ciszy po czym Adam odchrząknął.
- Co?
- ZAMKNIJ DRZWI I NIE OTWIERAJ. Albo wyjdź teraz, zaraz i wyjedź gdzieś na dwa dni, gdziekolwiek...
- Sam co się dzieję?
- Ten idiota jest wściekły, jedzie do ciebie.
- Nie boję się go.- skłamał, usłyszałam jak zamyka drzwi w słuchawce. Łzy piekły mnie w oczach.
- Nie otwieraj, poważnie. Proszę.- szepnęłam cicho.
- Nie zamierz...- ponownie usłyszałam szczęk zamka. Serce dosłownie na chwile mi stanęło – Skąd masz klucze?- pytanie w słuchawce zdradzało zdenerwowanie mojego rozmówcy. Potem się rozłączył. Przeklęłam, szybko wpisałam w sms adres Adama z dopiskiem “Chyba coś tam się dzieje” na numer alarmowy, mając nadzieję, że nie będą namierzali numeru. Podeszłam do okna, jednym ruchem je otworzyłam i wychyliłam. Byliśmy gdzieś na wysokości pierwszego piętra... gdybym bardzo chciała... może udałoby mi się wejść na mur obok, a potem zejść na śmietnik. Zdjęłam stabilizator z ramienia mając nadzieje, że jeszcze nie wygojona kończyna da radę utrzymać mój ciężar. Przeszłam na parapet i złapałam się mocno powoli spuszczając się w dół. Jedną nogą trafiałam na mur, druga tam nie sięgała, ale i tak zwisałam już z okna. Nie dałabym rady wciągnąć się z powrotem. Raz kozi śmierć, nie zostanę w tym domu. Musiałam tam pojechać, jakoś pomóc... COŚ zrobić. Puściłam się usiłując złapać jedna nogą równowagę. Udało się więc postawiłam na murku też drugą. Kucnęłam by bezpieczniej na czworaka dojść pod kontener ze śmieciami, ponownie złapałam się muru i opuściłam się na śmietnik. Nie sięgałam do niego więc mając nadzieję, że jakoś wyląduje się puściłam. Po czym z niego zeskoczyłam na ziemię. Ramie znowu zaczynało mnie boleć. Trudno, szybko ruszyłam w stronę główniej drogi chcąc zawołać taksówkę.
Było już ciemno, latarnie oświetlały drogę, w powietrzu czuć było wilgoć. Wykręciłam numer firmy taksówkarskiej kiedy usłyszałam za sobą głośne chrząkniecie. Zamarłam, zastanawiałam się jak szybko umie biegać Chris... który stał za mną ze zdenerwowaną miną.
- Muszę panienkę poprosić by wróciła do środka.- odezwał się rzeczowo. Zacisnęła usta. Naprawdę byłam więźniem.
- Nie.- odpowiedziałam krótko.
- Inaczej będę musiał panienkę zaprowadzić...
- Grozisz mi?- spytałam głucho. Chwile milczał.
- Nie śmiałbym zrobić panience krzywdy.- powiedział w końcu, puściłam się biegiem, ale złapał mnie zanim nawet zdążyłam nabrać prędkości. Ręką objął mnie wpół i siłą zaczął wprowadzać po schodach. Wolną ręką otworzył drzwi puszczając mnie dopiero w środku. Opadłam na ziemie, desperacko próbując wymyślić jak się wydostać. Usłyszałam dźwięk przychodzącego sms'a.
- Szef wraca.- zakomunikował mi Chad. Miałam wrażenie, ze chciał powiedzieć coś więcej, skierowałam się na górę i weszłam do pokoju gościnnego zamykając mu drzwi przed nosem i przekręcając klucz. Zerknęłam znowu na okno. Tutaj było już za wysoko...nawet nie dość by się zabić- pomyślałam z lekko ironia. Wybrałam znowu w komórkę numer Adama. Nie odbierał. Opadłam na łóżko płacząc. Bałam się co się wydarzyło. Bałam się gdzie teraz jest Adam. Bałam się Samersa. Przyłożyłam ucho do drzwi... usłyszałam jak wchodzi. Wymienił parę zdań z Chadem których nie słyszałam dość wyraźnie. Szedł po schodach. Słyszałam jak zatrzymał się przed drzwiami. Czułam, że tam jest. Czułam jego wahanie. Złapał za klamkę. Odskoczyła. Milczał... po chwili skierował się do sypialni. Naszej...jego... Komórka za-wibrowała odebrałam trzęsąc się cała.
- Nic mi nie jest.- ulga jaką poczułam zwaliła mnie z nóg. Adam brzmiał na zdenerwowanego, ale nie miał zwyczaju kłamać.
- Co się stało? Zrobił coś?- zapytałam szeptem nie chcąc by Samers usłyszał ten dialog.
- Nie ważne... w porządku. - odpowiedział pokrętnie Adam, skrzywiłam się czyli jednak coś...
- Raz dostałem, dobrze, że zawołałaś policję bo inaczej byś miała teraz chłopaka w szpitalu.- powiedział usiłując chyba zażartować. Nie potrafiłam nawet się uśmiechnąć. Opadłam na łóżko... jedyne co czułam do żal. Żal, że Samuel nie jest kimś innym. Żal za tym, że nie był materiałem na adoratora. Żal za tym, że tak dałam mu się owinąć wokół palca.
Nawet nie zauważyłam jak zaczęło robić się jasno... Wzięłam prysznic starając się przeciągnąć tę chwile. Co teraz? Miałam po prostu wyjść? Chyba musiałam... zostanie w tym cholernym pokoju było dość kiepska opcją. Woda spływała po moim obolałym ciele starając się je pobudzić. Nawet nie zauważyłam jak zużyłam całą ciepłą i zaczęła z niej lecieć lodowata. Gdyby nie rosnący ból w ramieniu stałabym tam nadal. Zakręciłam kurek. Samers przeszedł sam siebie. Przekroczył granicę. Tę enigmatyczną, ale mimo wszystko namacalną. Szanowałam się na tyle by stąd odejść. Ale jak? Gdyby był “normalnym” chłopcem pewnie bym poprosiła go na kawę. Do jakiegoś miłego miejsca. Powiedziałabym, że mnie zranił. W idealnym świecie, wysłuchał by mnie. W idealnym świecie by to rozumiał. A ja by po prostu stamtąd wyszła wolna. Samotna, ale wolna. W jeszcze piękniejszy świecie Samers żałuje. Autentycznie żałuje i uczy się na błędach. i przeprasza. i ma to na myśli.
Jednak gdyby moje fantazje się spełniały całą sytuacja nie miała by miejsca. A on nie był normalnym chłopcem. Był kimś zdecydowanie większym i gorszym. Czymś niebezpiecznym, co może i mnie pociągało, ale i przerażało. Czymś co chyba zjadało moją duszę, jak jakiś grzyb.
Biorąc parę głębokich wdechów. Wzięłam torbę i włożyłam do środka parę czystej bielizny i koszulkę. Może kiedyś odzyskam resztę moich rzeczy, nie byłam jednak na tyle głupia by po prostu się spakować. Nie po jego wczorajszych zapewnieniach. Wahałam się nad klamką. Słyszałam, że mieszkanie już wstało. Słyszałam jak chodził po dole. Ktoś dzwonił, ktoś wyszedł, ktoś wszedł. Moja debata nad klamką była ciężka. Musiałam ja nacisnąć, ale jednocześnie nie potrafiłam zdecydować co mam zrobić. Jak spojrzeć mu w twarz? Czy on będzie na tyle bezczelny, że spojrzy w moją? Czy coś powiedzieć, czy po prostu zostawić do na dnie mojego już potrzaskanego serca.
Wreszcie wyszłam z pokoju. Skierowałam się w dół. Siedział w kuchni pijąc kawę i czytając jakieś papiery. Był rozczochrany, spojrzał na mnie nic nie mówiąc, absolutnie nic nie wyrażającą twarzą. Wytrzymałam jego wzrok i ciszę, weszłam do kuchni wyjmując z lodówki jabłko. Umyłam je w zlewie marnując mnóstwo wody. Przynajmniej miałam zajęcie.
- Wpuszczą mnie na zajęcia?- zapytałam ciągle odwrócona do niego tyłem.
- Tak.- ale łaskawy... pieprzony kretyn. Wytarłam owoc papierowym ręcznikiem i po prostu wyszłam. Nie wiem czego oczekiwałam od niego, od siebie... powinnam się domyślić, że to bardzo zły pomysł. Wsiadłam do swojego samochodu usiłując nie zwracać uwagi na jakiś skuter jadący za mną. Załatwił jakąś płotkę do pilnowania mnie. Czyli mój początkowy plan, po prostu zniknąć był po za moimi możliwościami. Dobrze... ale pomysły jeszcze mi się nie skończyły. Nie będę grała w twoją grę Samers. Zaparkowałam przed uczelnią i weszłam do środka, szybko kierując się do pokoju przydzielonego Adamowi. Najpierw musiałam zobaczyć go na własne oczy. Jego auto było już na zewnątrz, więc nie dałam się zwieść zamkniętym drzwiom. Uderzyłam pięścią w drzwi nie bawiąc się w grzeczność. Otworzył po chwili. Strzecha jasnych włosów w brązowe oczy. Twarz...może nieco szarawa, ale nie nosząca jakiś obrażeń. Weszłam do środka wymijając go i usiadłam na krześle nie odrywając od niego wzroku.
- Co się stało?- zapytałam usiłując podchodzić do tego twardo. Częściowo byłam też złą na niego. Samers był popieprzonym psychopatą odkąd pamiętam, ale Adam z tendencjami samobójczymi? To coś nowego. W powietrzu czułam zapach kadzidełek, nienawidziłam tego zapachu. Adam był jedynym znanym mi facetem palącym coś takiego. Rozumiałam to jeszcze w jego śmierdzącym farbami pokoju, ale tu?
- A co się miało stać?- zapytał, nie spuszczałam go z oczu. Samuel chyba nie jechał by taki kawał by tylko tam wejść i wyjść.
- Wlazł, powiedział parę słów, i przyjechała policja. Bali się wejść do środka... ech, po prostu poprosili go o wyjście, nawet nie spisywali i wyszedł. Sam...to świr.
- Czyli nic ci nie zrobił poza moralizatorską gadką?- zapytałam podejrzliwie. Zawahał się chwile.
- Mógł raz mnie trzasnąć w brzuch...
- Co?!
-Sam, to nic takiego! Daj spokój, nie jestem przecież jakimś chłopcem do bicia...- jęknęłam. Jak na standardy Samersa musiało go to wiele kosztować, ale i tak zachował się jak palant. Pożegnałam się grzecznie, moja komórka wibrowała. Mama...”Jedziemy z Garym na weekend na wybrzeże, chcesz jakąś pamiątkę?” . Zazdrościłam jej. Też bym sobie wjechała.
Ćwiczenia minęły spokojnie, zaraz gdy z nich wyszłam wykręciłam numer taksówki. Zamówiłam ją do tylnego wejścia uczelni. Tego, którym wchodziła kadra uniwersytecka, ale portier nie miał kłopotów z wypuszczeniem mnie. Czekałam z wyjściem do otrzymania sms'a, że taksówka już czeka. Szybkim krokiem wskoczyłam do niej i podałam adres swojej rodzicielki. Kamienica nie zdążyła być moim domem, ale chyba była najbliższa temu określeniu z wszystkich miejsc jakie znałam. Zapłaciłam i weszłam do mieszkania. Nikogo nie było... Mama już pewnie wyjechała, a Kelly pewnie (o ile w ogóle) wróci dopiero gdy nasza rodzicielka się pojawi. Nie lubiła przesiadywać sama. Pieczołowicie zamknęłam drzwi. Zmęczona padłam na łóżko. Przespałam tak koło dwóch godzin. Obudziło mnie dziwne przeczucie, dosłownie parę sekund przed tym jak usłyszałam szczęk otwieranego zamka. Mama nie mogła wrócić, a Kelly o tej porze miała zwykle probe teatralną. Szybko, niewiele myśląc schowałam się pod łóżko, modląc się by poruszona przeze mnie narzuta przestała się ruszać. Na korytarzu usłyszałam ciężkie kroki. Dźwięk chodzenia po mieszkaniu i otwierania wszystkich drzwi...tych prowadzących do mojej starej sypialni również. Czułam, że osoba, która tu weszła uważnie ogląda wnętrze pokoju. Miałam nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy by zajrzeć pod łóżko, ani pod biurko gdzie leżała moja torba. Był to chyba mężczyzna. Chwile stał bez ruchu.
- Szefie, tutaj chyba nikogo nie było...Tak...dobra, to szef prześle następny adres...Dobrze.- usłyszałam jak rozmawia przez telefon. Stłumiłam złość. Już mnie szukał. Mężczyzna wyszedł, poczekałam aż usłyszałam jak zamyka za sobą drzwi wyjściowe. Wyjęłam zaciekawiona komórka. Trzynaście nieodebranych połączeń... jej... z chłodnym uśmiechem wyłączyłam telefon. Przeszłam się po mieszkaniu, w lodówce zostało nieco jedzenia. Mogłam sobie pozwolić by jutro tu zostać na cały dzień. A potem? Żałowałam, że nigdy nie umiałam robić planów długoterminowych. Wyjdę stąd, mając nadzieję, że nikt mnie nie złapie. Może jednak powinnam wyjechać. Włączyłam telewizor by bezrefleksyjnie wpatrywać się w ekran. Wyłączyłam go jednak po chwili przypominając sobie, że światło telewizora może być widoczne z okien... tak jak inne światła. Wzięłam laptopa i usiadłam w kącie mieszkania. Jakim cudem się w ogóle w to wpakowałam? Zadzwonił telefon domowy, włączyła się automatyczna sekretarka. Kobieta miłym głosem informowała o darmowym programie telewizyjnym, który chciała by zaoferować mojej rodzinie. Mówiła głosem jednak jednej z pracownic Samersa. Zasłużyłam na nieco wolności od niego. Gdy zapadał zmrok nie zapalałam światła, siedziałam po ciemku oglądając jakiś głupi program. Usnęłam zwinięta na kanapie.
Ciekawe co teraz robi. Ciekawe czy żałuje. Ciekawe czy w ogóle mnie kochał...

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Podlinkuj

brak kategorii (14)
wszystkie (14)

crooked-thoughtimagine-prom-queen



2014
marzec (8)
kwiecień (2)
maj (1)
sierpien (3)



________________________________

szablonet


O mnie | Polub